fot. @eripekrk

Od Chamskich rzeczy – pierwszej płyty Eripe, po której wydaniu krakowski raper został zauważony w środowisku hip-hopowym – minęło 7 lat. W tym czasie rap w Polsce zmienił się diametralnie, zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i otoczkę związaną z zarządzaniem czy promocją. Lider Patokalipsy jest jedną z tych osób, które od początku swojej kariery trzymają się niezmiennie obranego podejścia do samej muzyki oraz treści, jak i kwestii wydawniczych czy wizerunkowych.

Nienawiść w rytmie disco to najnowszy album Eripe, który w całości wyprodukował Mario Kontrargument. Na płytę składa się 10 kawałków (w tym skit i preorderowy bonus track). W odróżnieniu od poprzedniego materiału, czyli Serial Killers, gdzie w każdym z utworów mogliśmy usłyszeć przynajmniej jednego gościa, tym razem gospodarz warstwę liryczną wziął w pełni na siebie. Bezkompromisowość, teksty oparte na punchline’ach, pogarda i techniczne składanie rymów – to wszystko charakteryzuje Ripa i jego poprzednie wydawnictwa. Tytuł ostatniego projektu mówi wiele o tym, jaka może być płyta. Więcej nienawiści? Więcej disco? A może idealne wyważenie chamskiego stylu Eripe i wesołych produkcji Mario?

Pomysł zaaranżowania muzyki przez jednego producenta całkowicie się sprawdził. Dzięki temu od początku do końca mamy jasno określoną wizję i spójną koncepcję, którą spina klamra o nazwie „disco”. Każdy z utworów jest oparty o sample z największych hitów muzyki rozrywkowej przełomu wieków, do których na szkolnych dyskotekach tańczyli dzisiejsi trzydziesto- albo i czterdziestolatkowie. Mamy tutaj m.in. Toto – Africa, Darude – Sandstorm, Bomfunk MC’s – Freestyler czy Alexia – Uh La La La. Klasyka gatunku. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie nazwy piosenki, którą słyszymy w tle, to automatycznie nucimy jej melodię, która jest nam dobrze znana. Mario Kontrargument przy selekcji sampli wykonał kawał świetnej roboty, osadzając je na klasycznej perkusji, co nadało płycie świeżego retro-brzmienia, jednocześnie zachowując rapowy klimat. Wielki plus również za przypomnienie o tych muzycznych perełkach.

Jak w tym całym disco-zamieszaniu odnalazł się Eripe? Barwne punche i porównania oraz nienawiść płynąca z głośników w stronę sceny hip-hopowej czy poszczególnych środowisk społecznych to coś, do czego artysta przyzwyczaił swoich słuchaczy. Jednak kwieciste bluzgi położone na dyskotekowych samplach to już całkiem niezła innowacja. W utworze otwierającym płytę, czyli Połówka na rozgrzewkę, raper parafrazuje wersy ze swojego kawałka Elo kurwa i rapuje: „Dziś gram jakbyś połączył Scootera ze Slaughterhouse”, a kończy wersami: „Walczymy o prawdziwy rap na disco pętlach”. Te wersy idealnie określają klimat płyty i informują, czego można się spodziewać dalej. Tematyka albumu krąży wokół strzałów w kierunku sceny, gloryfikowania niezależności i ogólnie rzecz biorąc mieszania z błotem wszystkiego, co się Eripe nie podoba. Nie znajdziemy tu spektakularnych przyśpieszeń, zmian flow co dwa wersy czy nieustannego modulowania głosu, które urozmaicałoby brzmienie. Mamy za to mamy świetne gry słowne, wielokrotnie złożone rymy i stężenie punchy tak wysokie, że można by nimi obdzielić połowę wydanych w tym roku rapowych płyt w Polsce. Obrywa się ogółowi artystów, dla których ważniejsze niż treść są wizerunek, ubrania czy tworzenie muzyki pod publikę. Na szczęście – czego zwykle brakuje w przypadku „bitewnych” wersów – pojawiają się też ksywki, a dostaje się między innymi Adiemu Nowakowi, Wenie czy ekipie 2115. W zabawy słowne czy punche wplecione są też nawiązania do popkultury, co przedstawiają chociażby wersy z utworu L.G.B.T. (50 linijek nienormalności):

„Brak słów, już za stary na te żarty kminie,
Że czuje się jak Charlie Chaplin przy Charlim Sheenie.
A propos imprezowicze, mam dla Was super film,
Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, reżyseria – wirus HIV”.

Najlepszym kawałkiem na płycie jest zdecydowanie bonus track Cisza to mój ulubiony dźwięk. Utwór jest ubrany w bardziej mroczny klimat, bo oparty na samplu You should see me in a crown Billie Eilish. Sprawia to, że nawijka Eripe staje się bardziej agresywna i wyróżnia się na tle „dyskotekowych” tracków. Pojawiają się też tutaj najlepiej złożone wersy na całej płycie:

„Propsy dla Was za rap, kara dla Waszych hejterów.
Namieszałem;
Kara za rap dla Was, propsy dla hejterów.
Para gejów robi rap i namiesza na scenie zaraz-a,
Namieszałem znowu, gejów para rap to zaraza.
Parada chujozy, jak się im staram dołożyć,
To liczę, że stracą zęby i nie od paradontozy”.

Majstersztyk.

Na minus zasługuje z pewnością długość płyty, która tak naprawdę mogłaby być EP’ką. 10 utworów włącznie z preorderowym bonus trackiem, skitem i jednozwrotkowym intrem oraz outrem to trochę za mało. Z drugiej strony jednak album nagrany w takiej konwencji muzycznej, mógłby stać się w dłuższej formie męczący. W kwestii treści Eripe nagrał płytę, jakiej każdy się spodziewał. Powiela schematy z poprzednich wydawnictw, jednak za każdym razem zaskakuje sposobem składania tekstów i wymyślnymi, obrazowymi punchline’ami. Dobrze układa się również współpraca na linii mc-producent, co jest z pewnością efektem częstych kooperacji Eripe i Mario.

Do usłyszenia na Dead Man Rapping.

OCENA: 7/10

Autor tekstu: Kamil Starczewski

Facebook Comments