fot. @tomek_karwinski

Za nami emocjonujący tydzień w polskim hip-hop’ie. Najważniejszym wydarzeniem muzycznym minionych siedmiu dni, jest bez wątpienia solowy debiut Sokoła. Niestety zmuszony jestem rozpocząć swój wywód od tragicznej informacji, która nadeszła z Gdyni.

16 lutego o godzinie 5. nad ranem w wypadku samochodowym zabili się: raper Leh oraz dwóch jego współtowarzyszy. Mknąca przez miasto, z zawrotną prędkością, Toyota Corolla uderzyła w słup sygnalizacji świetlnej, w wyniku czego wszyscy pasażerowie ponieśli śmierć na miejscu. Lech miał 26 lat i tak, jak zapowiadał “wyskoczył stąd po angielsku“: “Mój pogrzeb? Mówią, że będzie szybciej niż mój krążek i zanim umiejscowię go w kalendarzu, prędzej w niego kopnę“. Jestem zawiedziony tym, co się stało i jest mi cholernie przykro. Leh miał nieprzeciętny talent, progresywne flow i całe życie przed sobą. Jego twórczość napędzała prawdziwa, niekalkulowana, oparta na młodzieńczym buncie zajawka. Szczerze wierzyłem w jego rap i liczyłem, że zdąży w pełni rozwinąć skrzydła oraz po prostu – wydorośleć. “Jest ze mnie moje miasto dumne, Ty chcesz beefu? Szykuj ciasną trumnę. Pytasz, kiedy będzie cicho? Jak stąd pójdę…“/ Tym, którzy nie znają twórczości Michała, polecam sprawdzić wydany w Alkopoligamii debiut “Podwórka Pytają Kiedy Płyta” oraz ep’kę “Lep” z 2017 r.: “Mówili mi, że nie wyjdę na ludzi, niech teraz patrzą jak tu schodzę do nich ze sceny w tym pełnym klubie.“; “Sorry Kraków za te drzwi, ale zgubiłem klucz“; “Gdybym puszczał numery w obieg tak często jak filisy, to pewnie miałbym większą dyskografię niż AC/DC…“. Otóż to. Wiem, że hip-hop’owa rodzina nie zapomni o Lehu. Twórczość reprezentanta Trójmiasta skazana jest na nieśmiertelność, a on sam na wieczną młodość w naszych sercach. Naiwnie wierzę, że bezsensowna śmierć dwudziestokilkulatków będzie przestrogą dla nas wszystkich. Wyrazy współczucia dla rodzin całej trójki. Pocieszam się myślą, że w tym momencie chłopaki prawdopodobnie palą jointa z Mac Millerem i wymyślają temat na wspólny kawałek. R.I.P.

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia miała być jednak premiera albumu Sokoła.

Reprezentant ZIP Składu jest współautorem kilkunastu szlagierowych płyt i zapracował sobie na miano ikony rapu, ale na pierwszy w pełni solowy krążek kazał czekać swoim fanom długich 20 lat. Przez ten czas, ex-frontman WWO, dał się poznać jako charyzmatyczny kreator, wytrawny tekściarz i żywa gwarancja najwyższej jakości przekazu słowno-muzycznego. Czy może nas zatem dziwić, że cały nakład preorderowy albumu “Wojtek Sokół” rozszedł się na pniu, zanim jeszcze wytwórnia Prosto wypuściła jakikolwiek singiel promujący płytę (nie liczę kawałka “Chcemy być wyżej”, w którym raper jeździ na koniu po centrum Warszawy)? Pytanie retoryczne. Miałem przyjemność wziąć udział w przedpremierowym odsłuchu i sprawdzić album w soundsystemie Range Rovera. Auta brytyjskiej marki utworzyły efektowny konwój na trasie: Al. Jerozolimskie – Mazowiecka – Kredytowa – Krucza – Pl. Zbawiciela – Marszałkowska – Smolna – serwując przedstawicielom mediów niesztampową rozrywkę. Szybko przekonałem się, że auto, którym jadę – jest wyposażone w zajebisty sprzęt nagłośnieniowy, a mix/master Rafała Smolenia w 100% daje radę.
Kawałek “Hybryda” – to konkretny wjazd z buta i błyskotliwa afirmacja warszawskiego cwaniactwa nawinięta w stylu, którego nie powstydziłby się sam Stanisław Grzesiuk: “Obstawiłeś orzełka – przegrałeś, mam monetę z podwójna reszką“; “Ja mam cynę od Pani, co wcześniej zajrzała do kopert“; “Jestem hybrydą artysty i marginesu, ulic i arystokracji” – tak Sokół wita się ze słuchaczem w 2019r.
W opiewającym w lata 90-te numerze “Lepiej jak jest lepiej” – czołowy narrator polskiej sceny rap, kreśli sugestywne obrazy Czarnego Romana robiącego pompki, bezdomnych tankujących keczup na przypał z dystrybutora w Burger Kingu, widzów w kinie jarających szlugi oraz ekranu telewizora o rozdzielczość świątecznego swetra. Sokół w tamtych czasach nie próżnował: kopał studnię, by móc pić wodę, wygrywał w bilard, leczył kaca na dachach akademika Riviera i finalizował podwórkowe biznesy: “już pijany dzielnicowy krzywo patrzy, a tu znów o rower nowy każdy jest bogatszy“.
Solidną chochlę dziegciu do beczki z polskim rapem MC Hasselblad dorzuca w utworze “Pluszowy”: “Mam 40 lat, jestem mężczyzną, nowy hip-hop to pluszowy człowiek z blizną“. Raper czuje się “jak Phelps naćpany fetą w wannie po grzybach” i wyznaje, że jego dusza “płacze w dziwny sposób“.
Duże wrażenie zrobił na mnie wyprodukowany przez Pejzaża utwór “Pomyłka”, do którego DJ Kebs mistrzowsko wyskreczował sampel z Andrzeja Zauchy: “My mamy pierwszą i zieloną noc razem“; “bo chociaż nie znam go, to czuję kurwa skruchę, opowiedz mu szczegóły, niech zastrzeli mnie jak Zauchę“. Mocne? Mocne!
Jednak najbardziej błyskotliwym numerem na płycie jest – w mojej ocenie –  “Sprytny Eskimos”, który bezwiednie kojarzy mi się z postacią odgrywaną przez Safula z Dixon37 w serialu “Ślepnąc od świateł”. “Jak zaczynał, to miał jedną kulkę śniegu, surfował na krze i kleił wszystko na biegu. Dziś w iglo, jacuzzi ma w przeręblu, a za szkłem fotografię przy niedźwiedziu oryginalną, nie z Krupówek dla lebiegów“; “z modelkami nie całuje się, tylko robi nosa, wszyscy znają sprytnego Eskimosa“; “Bije od niego blask jak polarna zorza, śmiga na płozach Bentleyem i jest tu poza trafieniem“; “pod butami ma rakiety z dedykacją i pozdrowieniami od Sereny“, “firany z futra w oknach, foki po bokach, szaszłyki na soplach“. Sprytny Eskimos nigdy nie robi herbaty z żółtego śniegu i nie traci czujności, bo “bywa, że wieloryba zgasi płotka i nawet rekin nie powinien lekceważyć dorsza“. Śladów Eskimosa szukaj na cienkim lodzie. Sanie niosą go jak króla, póki sypie śnieg.
Interesującym kawałkiem jest “Tak i nie” z gościnnym udziałem ekipy HEWRA. Melanżowe agregaty zamieniają sosy w prochy, zakładają czapę na czaszę, a gospodarz stawia sprawę jasno: “Z przystawek nie róbmy deseru, zrobimy z kurdupla giganta jak stanie se tu na portfelu“.
Miłośnicy brudnego storytellingu, kolejny smakowity kąsek otrzymują w kawałku “Nie da na da”: “Sandra liże parapet, coś może zostało, lubi konkretną zabawę na gapę i płaci inaczej, nigdy za mało. Ciężko zachować powagę ruchając, bo to bliźniaczka Zająca z parteru i identyczną ma japę jak Zając, zjebana akcja, nic już nie mów“. Przy okazji Sokół dzieli się ze słuchaczami bezcenną receptą na sukces: “Zmieniłem ‘albo’ na ‘i’, ‘może’ na ‘tak’, ‘kiedyś’ na ‘już’, zmieniłem ‘nie da’ na ‘da’“.
Mocnym punktem na trackliście jest kawałek z Taco Hemingwayem i Oskarem, pt. “Napad na bankiet”, nawiązujący w moim odczuciu do klasycznego szlagieru Notoriousa B.I.G. “Playa Hater” z albumu “Life after death”.
Swoją ludzką twarz reprezentant Śródmieścia Południowego pokazuje w utworze “Z Tobą”. Z tym numerem może identyfikować się każdy, kto należy do męskiej części mieszkańców planety Ziemia. Kobiety nie są ideałami: zatykają włosami prysznic, każą czekać na siebie wieczność, chowają rzeczy tam, gdzie nikt nie znajdzie ich i sczezną, dzwonią do nas w najmniej odpowiednim momencie, gdy akurat robimy z komórki przelew, jemy lub piszemy tekst. W innych utworach cytaty również ścielą się gęsto: “Kto nie żyje – umarł, kto obudził się, ten nie śpi“, przez “skażenie krzyżowe, zjebali mi duszę i głowę“, “Mądre dziewczyny czasem bolą stopy, głupie dupy” albo “Jakiś polityk chce, bym na urodzinach zagrał córek, dobra, jeden warunek, zrobi mi chórek Magda Ogórek“. Szczerze szanuję historię Miejskiego Ananasa, który jadąc na polowanie, słucha La Bouche i Rachmaninowa.
Na koniec, chciałbym spropsować ludzi odpowiedzialnych za warstwę muzyczną albumu: Pejzaż, Duit, Steez83, WOWO, Broke Boys, Magiera oraz DJ B – wykonali kawał dobrej roboty.

W ostatnich dniach ukazało się też kilka ciekawych mainstreamowych singli.

Tede wypuścił utwór “One star”, w którym odpala liryczny pocisk ‘dum dum’ w kierunku Weny, nie szczędząc reprezentantowi Marymontu kilku przykrych uszczypliwości. Mamy prawo przypuszczać, że na naszych oczach nabiera kształtów hip-hop’owy beef z udziałem dwóch stołecznych MC. Miłośnicy lirycznej rywalizacji oraz właściciele sklepów z butami już zacierają ręce.
Światło dzienne ujrzał pierwszy singiel zapowiadający album “STAMINA”, wspólny projekt Donatana i Roberta Lewandowskiego, gwiazdy Reprezentacji Polski i Bayernu Monachium. Z tego, co zrozumiałem, RL9 pełni funkcję współproducenta wykonawczego płyty. W klipie “Mansa Musa” rapują czołowi gracze sceny: przeżywający drugą młodość Gural oraz rozchwytywani obecnie Sitek i ReTo. Teledysk został nakręcony na Dolnym Śląsku w malowniczej scenerii Zamku Książ, który uznawany jest za jeden z najpiękniejszych obiektów historycznych w naszym kraju. “Mansa Musa, tańczą laski z Erazmusa, ślą lajki lalki z Prusa, chcą się znowu umorusać” – nawija w swoim stylu Gural, a ReTo dodaje, że “gdy w saszecie ciężej, to jakby na sercu lżej“. Chłopaki bez dwóch zdań znają się na swoim fachu i niech pierwszy kamień rzuci ten, kto nie lubi chodzić po mieście “z kanapką”.

Tymczasem w konflikcie Szpaku vs Bezczel na linii frontu panuje kompletna flauta.

Bezczel wciąż nie odzyskał dostępu do swoich kont w social mediach, przez co temperatura beefu wyraźnie opadła.

Pamiętajmy jednak, że polski hip-hop jest w ciągłym ruchu, dostarczając nam codziennie nowych niezapomnianych wrażeń. Dbajcie o siebie Ananasy – dużo zdrowia, miłości i uśmiechu życzy niżej podpisany! Aloha.

Facebook Comments